wczoraj przeczytałem w "Rzeczpospolitej" artykuł pt. "gdy seks jest nałogiem".
W zasadzie tylko, go przeleciałem (proszę: bez eroskojarzeń). I możliwe, że nie odkryłem, że nie trafiłem głównego przesłania artykułu. Co jednak mi zostało, to doświadczenie wielu osób, które stwierdzały, że bez seksu z wieloma osobami to one żyć nie mogą. Znaczy uzależnione są. I nie tyle od seksu ale co od seksu z obcymi, nowymi osobami. A jak są uzależnione to znaczy, że chore są. Biedactwa: cierpią - trzeba im ulżyć... może mechaniczny masturbator?
Trochę się naśmiewam ale nie do końca. Bo faktem jest, że tacy ludzie burzą spokój i szczęście swoich bliskich. I to z tego powodu cierpią. Ich/nasz problem zaczyna się od pierwszego razu, ale takiego zabronionego, niewskazanego. Wtedy doznanie tego co zabronione wyzwala w nich (w nas?) tak duże i niezapomniane emocje, że chce się spróbować po raz kolejny i kolejny. Typowy symptom uzależnienia.
Może więc moje niegdysiejsze niegodne poczynania seksualne wcale nie były niegodne tylko ja po prostu zachorowałem? Nie byłoby tego gdyby nie pierwsza zdrada. Chyab nie potrzebuję dla ozdrowienia aż leżakować i kocykować się w klinice. Ale też nie wyśmieję problemu. Czy pamiętacie, jak ktoś się tu dziwił, że dla "bezpieczeństwa" poruszam się wszędzie z żoną? Po przeczytaniu wspomnianego tekstu poczułem się pewniej. Sam pisałem o tym kilkukrotnie. Poruszam ten temat ponownie, jako przestrogę: Ci, którzy zdradzili /co, najmniej seksem/ naprawdę wymagają innego traktowania.
Bo stoją tuż, tuż na granicy ciemnej strony seksu. A może nawet po za nią...