Jako, że każdy w ten czy inny sposób spełniać będzie swoją powinność to i na mnie pora.
W sumie to ja nawet nie wiem co i jak się pisze na takim poligamicznym bloguJ. O sobie nie będę pisać, bo z grubsza wiadomo coś tam o mnie, reszta i tak wyjdzie w praniu. Tak jak i o was drodzy współtowarzysze J W sumie nasz blog to taki harem. Jeden facet reszta babek J
Jest to nasz blog więc poruszać będę sprawy, do których każdy będzie się mógł odnieść. Ostatnio w mojej głowie pojawia się coraz więcej czasu na rozmyślanie. Nie jakieś tam filozoficzne problemy egzystencjalne, ale takie tam po prostu myślenie o wszystkim i o niczym, zastanawianie się, bynajmniej nie coś w stylu co by było gdyby. Chociaż to o czym będę teraz pisać jest coś w ten deseń.
Ostatnio siedziałam sobie przed niezbyt poczytnym pisemkiem, bo to raczej magazyn dla ludzi lubiących czytać, a nie tylko oglądać obrazki, i czytałam o chwilach. Nie mogłam za cholerę przejść do następnego artykułu, bo włączył mi się myśliciel. Każdy z Was pewnie nie raz oglądał pokazy iluzjonistów i zastanawiał się jak oni to wszystko robią. Skłamałabym jakbym powiedziała, że ja nigdy nie marzyłam o takiej manipulacji ludzkimi odczuciami jaką posiadają iluzjoniści. Ale. Nie o tym w sumie chciałam się rozwodzić. Dążę tu do moich przemyśleń na temat hipnozy. Sama nigdy nie doświadczyłam zahipnotyzowania, chociaż człowiekowi w życiu czasem się wydaje, że działa jak zahipnotyzowany.
Iluzjonista dokonując wprowadzenia w ten błogi stan zawsze mówi do swojej „ofiary”: pomyśl teraz o jakiejś cudownej chwili ze swojego życia, o czymś co było cudowne, piękne, jedyne coś, do czego chciałbyś, chciałabyś wrócić. I tu właśnie zacięłam się jak zamek w ciasnych spodniach. Najpierw zaczęłam się zastanawiać czy to jest jedyny warunek zahipnotyzowania kogoś, bo jeśli tak, to mnie chyba by się nie udało nikomu „uśpić”. Później zastanawiałam się nad owymi chwilami. Zagłębiałam się przepotwornie w półkach swojej pamięci i nie potrafiłam wybrać żadnej takiej chwili, która byłaby dla mnie tak wspaniała jedyna i niepowtarzalna, żeby była właśnie tą namber łan ( number one-z j.ang. numer jeden J). Czy przez to można byłoby mnie uznać za osobę pozbawioną szczęścia i tychże chwil? Nie wiem. Teraz trudno mi powiedzieć, żebym była szczęśliwa w stu procentach, jak jeszcze z rok temu, bez wahania mówiłam, że jestem najszczęśliwsza. Niby mam wszystko. Ale te chwile. Nie wiem czym taka chwila ma być. Próbowałam ostatnio sobie przypomnieć kiedy ostatnio się z czegoś cieszyłam, to też marnie to wypadło. Ostatnią moją radością taką naprawdę dużą było to, jak mój syn po 3 miesiącach zrobił samodzielnie kupę. Az zdjęcie zrobiłam telefonem z radości i do dziś patrzę na tą zasraną pieluszkę z uśmiechem. Dosyć dawno to było, bo mały miał wtedy parę miesięcy, ale pamiętam to jak dziś.
I czy jakby iluzjonista powiedział mi pomyśl o czymś miłym o najwspanialszej chwili to czy ta chwila, ta zasrana pieluszka i Mały utytłany aż po kręgosłup wystarczyłyby żeby mnie zahipnotyzować?
Mam w swoim życiu wiele radosnych chwil, które swego czasu złożyły się na moje szczęście. Bo czymże jest szczęście? Właśnie zlepkiem tych wspaniałych miłych chwil. I to, że akurat nie mogę sobie przypomnieć każdej z osobna i zaszufladkować nie oznacza, że ich nie było.
Więc będę je zbierać, by znów zbudować z nich szczęście. By móc bez zastanowienia powiedzieć. Nie, by nic nie trzeba było mówić, bo wtedy będzie to widać.
Tak. Chcę znów być szczęśliwa. Chce zapomnieć o wszystkim złym Chcę być potencjalną ofiarą hipnotyzera.