Co jakiś czas nalatują na moją mailową skrzynkę prezentacje, które można by było ochrzcić jednym tytułem - właśnie nam bliskim, "jak żyć". Przepiękne krajobrazy, cyzelowane ujęcia, ulotne i niepowtarzalne chwile. Muzyka nastrojowa w tle. Na kolejnej planszy dobra myśl, rada i zasada. Generalnie się z nimi zgadzam. Fajne są. Powiedziałbym nawet, że ekscytujące.
Tchnące - wydawałoby się - czymś nowym i swieżym. Ożywczym, że aż chce się żyć. No bo po to są.
Czasem zakrzyknę cicho - o! to robię! Czasem się zadumam - o! to bym chciał a to warto by było wprowadzić do życia. Później są dwa scenariusze. Krótki i długi. Krótki polega na tym, że zapominam wkrótce. Długi - niedługo później.
Siąść i płakać? Absolutnie nie! Może i moje życie trochę się pokręciło. Może i nie jest łatwo. A czasem wręcz za trudno. Ale u licha przecież widzę światełko w tunelu. Może nie użyję tu słowa nadzieja. Ale moze na przykład "perspektywa"? To z kolei trochę za słabe. Wkroczyliśmy z żoną w nową erę. Coraz bardziej jestem pewny, że tego nie spieprzę. Ona też chyba tego nie
spieprzy. Może przydałoby się trochę więcej kasy - jak wszystkim. Ale i tak najważniejsze, że jesteśmy razem, że mamy siebie. I że zaczynamy snuć plany. Zaczynają się lekuchne marzenia. Nieważne jakie. Ważne, że razem. To znaczy, że i ją i mnie to rajcuje. Tak całkiem niewymuszenie.
Kiedyś byłem bardziej uporządkowany. Nawet jako młody chłopak. "Dziś ja stawiam colę a jutro ty". Ale zaraz - ja w tym miesiącu stawiałem siedem razy a ty pięć. To teraz jednak kolej na ciebie. I następnym razem ty też powinieneś postawić. Powinieneś, powinieneś, powinieneś... Zabijaliśmy (łem?) kolejne przyjaźni. No, nie wszystkie. Ale tak bardzo baliśmy się wykorzystania. Że zrobimy coś więcej niż inni. Że wyjdziemy na frajerów. Jakże cennym okazywał się ten kolega, do którego nabieraliśmy przekonania, że ten nie żeruje, nie sępi, nie wykorzystuje innych. Który w końcu nie dokucza i nie jest upierdliwy. Taki co to z nim konie kraść.
Ciekawe ale te wszystkie cechy, całą atmosferę przyjaźni i to co z niej wynikało i wpływało na relacje z innymi, na to co się działo wokół mnie, dziś odkrywam właśnie w tych powerpointowych prezentacjach. I nie chodzi tylko o przyjaźń. To chyba jest jakieś życzliwe, może życzliwsze odnoszenie się do świata. Jak również i przyjmowanie tego samego zwrotnie. Zastrzegam, że nie jestem new age ani animista czy coś podobnego :-)... Prędzej powiem: wyluzuj i zwolnij człowieku. W tym też i kobieto :-)
Co więc robię z pięknymi prezentacjami zbudowanymi z pięknych obrazy, namaszczonymi piekną muzyką i ozdobionymi pięknymi sentencjami? Ano nic szczególengo. Czasem przeglądnę. A czasem od razu delete.
Czuję, że nie tędy - przez zebrane mądrości - droga. Że nie da się tak naprawić cżłowieka serwując mu ideały. Bo przecież i tak liczy się kim jest. Trochę szkoda, że większość pod tym względem już się dokonała - co nie czterdziesto i więcej -latkowie?
Choć czasem da się wprowadzić jakieś korekty w naszym charakterze, mentalności i postrzeganiu otoczenia.
Bo to (chyba) tu jest ukryty motorek napędzający kliszę pt. "jak żyć"...
Nazywa się "kim być".